Rosę marzyła zawsze, Ŝe wyjedzie z Royal i zrobi karierę w wielkim mieście. Nita nigdzie

Bledsoe skrzywił się, wyraźnie rozczarowany, że nikt nie bawi się w jego ulubioną
Trzask!
– Nie!
zagłuszało coraz bliższe wycie policyjnych syren. Bentz człapał po plaży, dygocząc z zimna.
4
– Niedługo – zapewnił z przekonaniem w głosie.
żeby podkreślić swój stosunek do sprawy, i mówiła dalej: – Wiesz, że nigdy nie uwierzyłam
dzieciaków na rolkach wyminęła chudą kobietę, która prowadziła na smyczy potężne
Mimo starań przemoczył sobie kurtkę i nogawki spodni.
Położył na krakersie cienki plasterek sera, spojrzał w okno i zobaczył, jak błękitny
lateksowe rękawiczki, ochronne pantofle i czepek, pod którym schowała włosy. Caitlyn nie mogła w to uwierzyć. Nie chciała uwierzyć. Amanda, do której zwracała się po pociechę i radę. Więc to Amanda popełniła te wszystkie okrutne morderstwa? Amanda? Niemożliwe. Amanda też została zaatakowana. Ale przeżyła. Drzewo, w które uderzyła, było jedynym drzewem w okolicy. Mogła upozorować zamach na swoje życie. Nie, to szaleństwo! Caitlyn czuła pulsujący ból głowy. Nie mogła się ruszyć. Amanda spojrzała na nią i dopiero teraz Caitlyn zdała sobie sprawę, że jej starsza siostra, splatając czerwone i czarne nici, mówi do niej. - ...więc widzisz Caitlyn... a może Kelly? Czasami trudno was odróżnić. Kiedy tu przyszłaś, byłaś zdecydowanie Kelly. Co? Kelly jest tutaj? Gdzie? Amanda przyglądała się Caitlyn w zamyśleniu. - Musisz być Caitlyn, bo zdaje się, że nic nie rozumiesz. Nawet nie pamiętasz, że Kelly naprawdę nie żyje. Nawet nie wiesz, że czasami stajesz się nią. Słowa Amandy nie miały sensu, a mimo to, jakąś cząstką umysłu, Caitlyn musiała się z nią zgodzić. - Tak, Caitie-Did, jesteś wariatką. Siedzą w tobie co najmniej dwie osobowości. Kiedy myślisz, że jesteś Kelly, wyglądasz, jakbyś w to wierzyła. I jeszcze ten stary domek... Jezu, ten po drugiej stronie rzeki i te twoje zaniki pamięci. Dopadła cię klątwa Montgomerych. Nie wiedziałaś? Mylisz się, chciała powiedzieć, to ciebie dopadła. To ty jesteś szalona. To ty masz podwójną osobowość. Amanda i Atropos. - W każdym razie ci, którzy mieli zginąć, wszyscy pretendenci do fortuny Montgomerych nie zostali tak po prostu zabici. Ich śmierć była zawsze zaplanowana... starannie przygotowana. A wszystko to dzięki mnie. Bo ja jestem Atropos. - Zaczęło się od Parkera. Zabiłam go. Był moim pierwszym i to był... - Zręczne palce Amandy zatrzymały się na moment, gdy zaczęła się zastanawiać. - No cóż, to był właściwie przypadek. O Boże, Amanda zabiła małego Parkera. Caitlyn omal nie zwymiotowała. To było takie okropne. Takie dziwaczne. - ...Udusiłam go, gdy nikt nie widział. Dziecinnie proste - powiedziała Amanda, przypominając sobie zdarzenie z przeszłości. - I naprawdę wyświadczyłam wszystkim przysługę. Cały czas płakał, ciągle miał kolki i... był jak wrzód na tyłku. Wrzaskliwy, zepsuty bachor. Nie mogłam uwierzyć, że matka urodziła kolejne dziecko, po tym jak... No przecież wiesz, że Cameron, kochany tatuś, pieprzył się z innymi. A mimo to wciąż miał czas zrobić matce brzuch i spłodzić kolejnych Montgomerych. Amanda spojrzała na Caitlyn. - Możesz to sobie wyobrazić? Mieć dziecko z facetem, który pieprzy swoją przyrodnią siostrę? - Twarz Amandy spochmurniała, usta wykrzywiły się z obrzydzenia. - I to jeszcze nie wszystko. Copper też miała dzieci. Cameron nie potrafił utrzymać kutasa w spodniach. I nie miał zielonego pojęcia o antykoncepcji. Nasz ojciec był chorym sukinsynem. Umiał tylko płodzić kolejne dzieciaki. Z dwiema kobietami! Co za zwyrodniały dupek. Zasłużył sobie na śmierć. Przegryzła nitkę zębami i spojrzała z dumą na swoje dzieło.
Nikt na pokładzie nie przypominał jego pierwszej żony... byłej żony, poprawił się. Byłej.
Może chłopak sobie coś przypomni, cokolwiek, co pozwoli mu uratować żonę.
że jest z Jennifer? To idiotyzm.

- Chodźcie, leniuchy - uśmiechnął się Lysander do Oriany. - Ty też, kuzynko Adelo. Arabello, proszę o talerze dla gości.

– Postaraj się.
Z trzecim kawałkiem pizzy z pepperoni i oliwkami w dłoni zastanawiał się, po co w ogóle
dziurę i przy okazji podarł sobie koszulę i podrapał ramiona. Nawet tego nie zauważył.

poddaje. – Mówię tylko... – Zadzwonił jego telefon i odszedł z komórką przy uchu.

Robił, co mógł, by nie zwracać na nią uwagi.
się ich wcześniej, gdyby Camryn nie zatelefonowała,
w jego spojrzeniu, zastąpił ponury cień dezaprobaty.

ale udało jej się oderwać ochronny pasek i okleić rankę. Krew jednak płynęła nadal,

- Tak, ciociu.
R S
porę dnia, był poranek, choć dochodziła dopiero piąta.